Publicystyka z regionu
  • Czy naprawdę widziałam ducha?

    30.10.2019

  • Jak już kiedyś wspomniałam, swoją pierwsza pracę podjęłam w laboratorium w żorskim młynie. Pisałam już o tym, że można byłoby uznać że popołudniami i wieczorami tam straszyło, albo też straszyła nas nasza ludzka wyobraźnia.

    Jednak pewnego zdarzenia, które miało miejsce na terenie samego młyna (nie w laboratorium), nie potrafię wytłumaczyć do dziś. Wtedy nagle rozchorowała się nasza pani próbobiorczyni i prosto z pracy pogotowie ratunkowe zabrało ją do szpitala, dlatego ktoś musiał ją zastąpić. Padło na mnie. Stało się tak zapewne dlatego, że byłam najmłodsza ze wszystkich laborantek, a poza tym doskonale orientowałam się w rozkładzie budynku i wiedziałam, gdzie znajdują się wszystkie zasuwy, z których pobierano próbki. Objuczona wielkim koszem z pojemnikami na próby wyruszyłam na teren młyna. Z pobraniem mąki z pierwszego, drugiego i trzeciego przemiału nie miałam najmniejszego kłopotu, gorzej było z kaszą manną, czy otrębami. Za każdym razem musiałam opisać pudełka i je prowizorycznie zaplombować specjalna nalepką. Te wszystkie czynności zabrały mi nieco więcej niż pół godziny. Jednej tylko próbki nie potrafiłam pobrać, bo zacięła się zasuwa, dlatego udałam się do drugiej części młyna w poszukiwaniu któregoś z panów młynarzy, ale na ostatnim piętrze było pusto, więc skierowałam się do najbliższej klatki schodowej, by poszukać kogoś niżej. Kiedy byłam już całkiem blisko wejścia na schody, w półmroku, który tam panował, zamajaczyła przede mną męska postać w charakterystycznej czapce i wbiegła na schody. Po sposobie chodzenia i owej charakterystycznej czapce rozpoznałam młynarza R. On jednak mnie nie zauważył, więc go zawołałam po nazwisku. Odpowiedziało mi echo! Szybko pobiegłam za nim, ale nie potrafiłam go dogonić, choć bardzo się starałam. Na parterze ów młynarz szybko zbiegł ze schodów i skierował się w lewo w jakiś nieznany mi, słabo oświetlony korytarz. Gonić go dalej nie miało sensu, więc znanym sobie długim korytarzem ruszyłam w kierunku przeciwnym i dotarłam do naszego laboratorium, gdzie pracowałam. Kiedy opowiedziałam wszystko swojej szefowej, ta spojrzała na mnie z niedowierzaniem. A potem zadzwoniła do kierownika zakładu z prośbą, żeby młynarz R. przyniósł nam potrzebną próbkę. Co powiedział szef, tego nie słyszałam, ale ona zdziwiona rzuciła do słuchawki telefonicznej:
    – Jak to niemożliwe? No przecież nasza laborantka go widziała! No chyba... – dodała niepewnie i odłożyła telefon.
    – Ale się wygłupiłam, jego od kilku dni nie ma w pracy, jest w delegacji!
    To kogoś ty widziała? – zapytała zdenerwowana. – I gdzie poszedł?
    – Skręcił w lewo! W jakiś słabo oświetlony korytarz, widocznie nigdy tam jeszcze nie byłam...
    – Tam nie ma żadnego korytarza! – wykrzyknęła moja szefowa, a ja nie prosząc o pozwolenie pognałam z powrotem.
    Dopadłam schodów i usiłowałam skierować się na lewo, ale po przejściu kilku kroków natknęłam się na ścianę. To nie był korytarz, tylko taka niewielka nisza, a wcześniej ja widziałam coś zupełnie innego!
    Informacja o mojej przygodzie rozeszła się po młynie lotem błyskawicy. Po kilkunastu minutach do laboratorium zajrzał nadmłynarz i przyniósł żądaną próbkę. Z lekkim ociąganiem, jakby dobierając słowa powiedział:
    – Miałaś szczęście młoda, bo jakbyś próbowała sama otworzyć tę zasuwę mogłabyś zostać bez ręki... – i wyszedł.
    A mnie dreszcz przeleciał po plecach, bo wtedy sobie uzmysłowiłam, że może ten dziwny młynarz odciągnął mnie daleko od tego miejsca, bo kto wie czy nie spróbowałabym ponownie!
    Następnego dnia sama wcześnie rano pobiegłam do budki starego stróża. Kiedyś pracował on w młynie, ale od wielu lat był na emeryturze i do której dorabiał drobnymi pracami gospodarczymi.
    – Podobno go widziałaś? – nie przywitawszy się nawet, powiedział ni stąd niż owąd.
    – Kto to był? – zapytałam.
    – Ano, pojawia się czasem, ratuje ludzi przed nieszczęściem, musiałaś sobie czymś zasłużyć!
    Czym sobie zasłużyłam, nie dowiedziałam się do dziś. Jedno było pewne według naszego starego stróża: Widziałam ducha! A ten dziwny korytarz, który pojawił się przed moimi oczami, istniał ponoć naprawdę, ale kiedyś się zawalił, została z niego tylko mała część, którą zamurowano i powstała owa nisza.
    Teraz zmienia się przeznaczenie tej budowli. Zamiast hurkoczących żaren jej wnętrze zapełnią książki, bo powstaje tam nowa biblioteka. Ciekawe, czy tamten duch będzie się też w niej pojawiał? A może nie będzie miał takiej potrzeby?

     
  • Elżbieta Grymel

  • LEON
  • Komentarze:
  • Informujemy, że:

    1. Administratorem danych wskazanych w zgodzie na przetwarzanie danych osobowych wyrażonej powyżej jest Fundacja Profesjologia Aktywizacji Rynku Pracy (dalej „Wydawnictwo”) z siedzibą i adresem w Rybniku przy ul. Wyzwolenia 10, adres e-mail: redakcja@nowiny.rybnik.pl
    2. Celem zbierania danych jest umożliwienie zalogowania się do gazety internetowej oraz korzystanie z jej funkcji i przeznaczenia.
    3. Podstawą prawną przetwarzania stanowi zgoda osoby, której dane dotyczą na przetwarzanie swoich danych osobowych w jednym lub większej liczbie określonych celów. Przetwarzanie jest niezbędne do wykonania umowy, której stroną jest osoba, której dane dotyczą, lub do podjęcia działań na żądanie osoby, której dane dotyczą, przed zawarciem umowy.
    4. Pani/Pana dane osobowe nie będą przekazywane innym podmiotom.
    5. Pani/Pana dane osobowe będą przechowywane przez okres potrzebny do realizacji celu przetwarzania.
    6. Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania.
    7. Pani/Pana dane będą przetwarzane w sposób zautomatyzowany w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie odbywało się na zasadach najlepszego wyboru produktu lub usługi, odpowiadającego Pani/Pana preferencjom.