Publicystyka z regionu
  • Mężczyzna z długą brodą

    02.10.2019

  • Historia ta wydarzyła się na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku w jednym z miasteczek na Dolnym Śląsku. Opowieść tę słyszałam od żorzanina, który wtedy tam mieszkał. W spokojnym z pozoru miasteczku aż wrzało, bo sąsiad nienawidził sąsiada.

    Miejscowi zwani przez przybyszów „Niemcami” zarzucali tym ze wschodu, których nazywali „ruskimi” lub „hadziajami”, że zbytnio panoszą się na nie swojej przecież ziemi. Ale najgorzej na tym wychodzili ci, którzy przybyli w to miejsce w latach czterdziestych i pięćdziesiątych za pracą. Obie spierające się frakcje chciały ich przeciągnąć na swoją stronę, a argumenty miały mocne! Na ojca żorzanina „hadziaje” krzyczeli: „Z Niemcami będziesz trzymał!”. Zaś miejscowi dogadywali: „A toś ty taki! Z ruskimi trzymasz, jaki z ciebie Ślązak?! Zawsze koszula bliższa ciału!”.
    Z tego powodu ojciec chłopaka opowiadającego tę historię wił się jak piskorz, żeby nikogo nie urazić. Rozważał nawet możliwość powrotu do Żor, choć tu było znacznie trudniej zdobyć dobrą robotę, a w kopalni pracować nie chciał. Najgorsze, że te wszystkie animozje wśród starszych przenosiły się na dzieci, które też tworzyły przeróżne układy i układziki! Mój rozmówca, wtedy nastolatek uczęszczający jeszcze do szkoły podstawowej, miał zatarg z grupą „hadziajów”. Po jego stronie stanął kolega pochodzący z Chorzowa i dwóch rzekomych Niemców. Sytuacja zrobiła się napięta, bo przeciwników żorzanina i jego stronników było znacznie więcej. Chłopcy zza Buga odgrażali się, że taka sytuacja „kierpica prosit” (co znaczy w dosłownym tłumaczeniu: domaga się użycia sierpa). Nie były to jednak tylko czcze pogróżki, bo w szkole co prawda z nimi nie rozmawiali, ale już poza nią śledzili każdy ich krok. Młodzi chcieli załatwić sprawę honorowo, dlatego ani żorzanin, ani zaprzyjaźnieni z nim chłopcy nic nie wspomnieli o tym konflikcie rodzicom, bo uważali, że to niewiele da i być może mieli rację.
    Pewnego dnia mama wysłała mojego rozmówcę do sąsiedniej wsi po jajka dla chorej babci. On od razu skrzyknął swoją drużynę, bo wiedział, że nie wróci do domu przed zmierzchem, dlatego na wieś wyruszyli razem. W drodze powrotnej chłopcy musieli przejść przez słabo zaludnione przedmieście, a tam właśnie mogli się spodziewać zasadzki przeciwników. Żałowali nawet, że wcześniej nie pomyśleli o tym, żeby się uzbroić. Przemykali więc w mroku, który zalegał pod drzewami rosnącymi wzdłuż ulicy. W pewnym momencie zauważyli swoich antagonistów kryjących się na jednej z posesji. Byli uzbrojeni w kije i łopaty, więc ferajna żorzanina wycofała się i schroniła w zapuszczonym ogrodzie, który mieli tuż za sobą. Sytuacja zrobiła się patowa, bo nikt nie ruszył się z miejsca, tylko czekał na ruch przeciwnika! I zapewne siedzieliby tak dalej jak szczury w norze, ale żorzanin i jego kamraci usłyszeli jakiś ruch i szum za swoimi plecami. Wtedy przypomnieli sobie, że słyszeli, iż w ogrodzie tym nocami straszy. Przerażeni wyskoczyli jak oparzeni na środek ulicy i pognali prosto w łapy swoich wrogów. Podczas biegu żorzanin rozważał możliwość użycia niesionych jaj jako amunicji, ale nie było takiej potrzeby, bo kiedy minęli swoich przeciwników, ci też z wrzaskiem rzucili się do ucieczki i pogubili nawet kije i łopaty!
    Sprawa wyjaśniła się dopiero następnego dnia rano w szkole. Przywódca „hadziajów” skruszony podszedł do żorzanina i wyciągnął rękę do zgody.
    – Czemuście się nas tak wystraszyli? – zapytał zdziwiony żorzanin.
    – A na co mieliśmy czekać, żeby ten staruch, który leciał za wami, i nas zdzielił tą lagą?
    – Jaki staruch z lagą? – dziwił się chłopak. – Zaraz, my też słyszeliśmy jakiś hałas, tam w ogrodzie... A nasza sąsiadka mówiła, że tam nocami straszy...
    Tym razem już w zgodzie wszyscy chłopcy poszli do sąsiadki żorzanina, która mieszkała w tym miasteczku od urodzenia.
    – No tak wszyscy mówią, że tam straszy... – zaczęła niepewnie kobiecina. – Tam jeszcze przed wojną mieszkał bardzo kłótliwy jegomość z długą siwą brodą... z wszystkimi się żarł – dodała już pewniej. – A w czasie nalotu na jego dom spadła bomba i nawet jego ciała nie znaleziono! Być może teraz tam pokutuje!
    Chłopcy podziękowali staruszce za opowieść i ze spuszczonymi głowami powędrowali do swoich domów, ale nigdy więcej nie podnieśli na siebie ręki.
    Kilka lat później rodzina mojego rozmówcy wróciła do Żor, ale on sam do dziś zastanawia się, co miało znaczyć owo pamiętne wydarzenie, czy zjawa, którą widzieli jego przeciwnicy, chciała przestrzec chłopców przed krwawą rozprawą i jej skutkami?

     
  • Elżbieta Grymel

  • Reklama billboardowa
  • Komentarze:
  • Informujemy, że:

    1. Administratorem danych wskazanych w zgodzie na przetwarzanie danych osobowych wyrażonej powyżej jest Fundacja Profesjologia Aktywizacji Rynku Pracy (dalej „Wydawnictwo”) z siedzibą i adresem w Rybniku przy ul. Wyzwolenia 10, adres e-mail: redakcja@nowiny.rybnik.pl
    2. Celem zbierania danych jest umożliwienie zalogowania się do gazety internetowej oraz korzystanie z jej funkcji i przeznaczenia.
    3. Podstawą prawną przetwarzania stanowi zgoda osoby, której dane dotyczą na przetwarzanie swoich danych osobowych w jednym lub większej liczbie określonych celów. Przetwarzanie jest niezbędne do wykonania umowy, której stroną jest osoba, której dane dotyczą, lub do podjęcia działań na żądanie osoby, której dane dotyczą, przed zawarciem umowy.
    4. Pani/Pana dane osobowe nie będą przekazywane innym podmiotom.
    5. Pani/Pana dane osobowe będą przechowywane przez okres potrzebny do realizacji celu przetwarzania.
    6. Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania.
    7. Pani/Pana dane będą przetwarzane w sposób zautomatyzowany w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie odbywało się na zasadach najlepszego wyboru produktu lub usługi, odpowiadającego Pani/Pana preferencjom.