Publicystyka z regionu
  • Nowe płuca

    26.06.2019

  • Jeżeli wierzyć osobom opowiadającym tę historię, to miała ona miejsce w drugiej połowie wieku XIX, ale wiele poczytnych tygodników pisało o niej jeszcze w latach dwudziestych XX wieku.

    Pewien mężczyzna w sile wieku, który od wielu lat pracował w jednej ze śląskich walcowni, nagle poczuł się źle i zaczął mocno kaszleć. Schudł też sporo pomimo dobrego apetytu. Kiedy choroba zaczęła się pogłębiać, za namową żony udał się do miejscowego lekarza. Doktor przepisywał mu rozmaite mikstury, ale niestety stan chorego nie poprawił się ani trochę. Po szczerej rozmowie z lekarzem walcownik zdecydował udać się do Breslau (Wrocław), gdzie rezydował niemiecki profesor, który podobno potrafił wyleczyć nawet znacznie cięższe przypadki tej dziwnej choroby, która przypominała powszechną wtedy gruźlicę płuc, ale pod wieloma względami jednak się od niej różniła.
    Mężczyzna zapożyczył się u krewnych i znajomych i z głęboką wiarą na powrót do zdrowia udał się do Breslau. Towarzyszył mu znajomy zakonnik, który też w tym czasie wybierał się do jednego z klasztorów na Dolnym Śląsku. Podróż odbyli koleją, na miejscu zakonnik pomógł choremu znaleźć nocleg na kilka dni, a potem już sam ruszył dalej. Kiedy walcownik dostał się do pana profesora, ten go osłuchał, opukał i zapisał drogie leki, które trzeba było wykupić na miejscu w Breslau. Wytwarzał je bowiem tylko jeden wtajemniczony aptekarz. Z początku wydawało się, że przywiezione leki robotnikowi pomagały, więc odbył jeszcze kilka podróży do pana profesora, ale po jakimś czasie mężczyzna znowu zaczął chudnąć i tracić siły.
    Jeden z jego współpracowników z walcowni pochodził z małej miejscowości w okolicy Skoczowa i twierdził, że u nich we wsi jest „łowczorz” (znachor), który na wszystkie choroby potrafi pomóc. Walcownik udał się do niego z pewnym gospodarzem, który też kiedyś leczył się u tego znachora. Tym razem podróżowali furą gospodarza i po dwóch dniach jazdy dotarli na miejsce. Chory mężczyzna ledwo doszedł do chałupy „łowczorza”, bo ostry, górski klimat nie sprzyja chorym na płuca. Kiedy znachor wysłuchał historii choroby, stwierdził, że w tym przypadku pomoże tylko kuracja z chrzanu. Musiał to być jednak chrzan dziko rosnący, wyhodowany w ogródku nie wchodził w grę. Walcownik z pokorą zastosował się do tej „ostrej” kuracji i z każdym dniem czuł się lepiej. Po upływie pół roku znachor kazał zaprzestać kuracji, twierdząc , że jego pacjent jest wyleczony. Według znachora mężczyźnie miały wyrosnąć nowe, zdrowe płuca!
    Kilka miesięcy później wspomniany wcześniej zakonnik powracał na Górny Śląsk i po drodze zahaczył o Wrocław, bo miał tam coś do załatwienia. Całkiem przypadkiem spotkał owego niemieckiego medyka, który leczył walcownika.
    – Ten chop ze pluca do naprawy – zagadnął on fratra – na fest niy żije, bo u miy niy boł już cu fil jedyn jar (rok)!
    – Ale żyje panoczku profesorku, żyje! Jedym gorol ze Skoczowa łonymu te pluca wyrychtowoł! Bezmała terozki mo jako nowe! Tak mi tyn chop pisoł zeszły tydziyń.
    – To je unmyjglich, to je unmyjglich! – powiedział profesor, który naszą „godkę” trochę rozumiał, bo jako młody lekarz krótko praktykował w Raciborzu. – Ale jak tak godocie fratre, to jo by chcioł, coby on com cu miyr nach Breslau! Dom gelt! To skuli nauki, wielgi Erfolg! Poratować wifil lojte!
    Po tej krótkiej rozmowie zakonnik i lekarz pożegnali się i każdy poszedł w swoją stronę: lekarz skierował się do willi na przedmieściu, a zakonnik na wrocławski dworzec kolejowy.
    Jak potoczyły się dalsze losy bohaterów tej tajemniczej opowieści, drodzy Czytelnicy, dowiecie się za tydzień.

    Ps. rozmowę zakonnika z lekarzem zapisałam fonetycznie.

     
  • Elżbieta Grymel

  • Green house
  • Komentarze:
  • 29.06.2019 15:17 Chop ze Żorow
    tyn artykuł
    Witom, moja starka tyż godali ło tych plucach ze krzonu, ale eli je to prowda, tego niy wiym. Pozdrowiom

  • Informujemy, że:

    1. Administratorem danych wskazanych w zgodzie na przetwarzanie danych osobowych wyrażonej powyżej jest Fundacja Profesjologia Aktywizacji Rynku Pracy (dalej „Wydawnictwo”) z siedzibą i adresem w Rybniku przy ul. Wyzwolenia 10, adres e-mail: redakcja@nowiny.rybnik.pl
    2. Celem zbierania danych jest umożliwienie zalogowania się do gazety internetowej oraz korzystanie z jej funkcji i przeznaczenia.
    3. Podstawą prawną przetwarzania stanowi zgoda osoby, której dane dotyczą na przetwarzanie swoich danych osobowych w jednym lub większej liczbie określonych celów. Przetwarzanie jest niezbędne do wykonania umowy, której stroną jest osoba, której dane dotyczą, lub do podjęcia działań na żądanie osoby, której dane dotyczą, przed zawarciem umowy.
    4. Pani/Pana dane osobowe nie będą przekazywane innym podmiotom.
    5. Pani/Pana dane osobowe będą przechowywane przez okres potrzebny do realizacji celu przetwarzania.
    6. Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania.
    7. Pani/Pana dane będą przetwarzane w sposób zautomatyzowany w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie odbywało się na zasadach najlepszego wyboru produktu lub usługi, odpowiadającego Pani/Pana preferencjom.