Publicystyka z regionu
  • Jak tu trafiłam?

    29.04.2019

  • Zastrzegam, że historia, którą zamierzam tu opowiedzieć, jest prawdziwa, ale jednocześnie bardzo tajemnicza i nie potrafię jej logicznie wyjaśnić.

    Wydarzenie to miało miejsce na początku lat 60. ubiegłego wieku. Była wtedy późna jesień i pojawiały się już pierwsze przymrozki. Pomimo niesprzyjającej aury, mój dziadek, który był strażnikiem łowieckim, wybrał się wczesnym rankiem na obchód swojego rewiru. Znajdował się on w sąsiedniej wsi, więc żeby tam dotrzeć, musiał przejść pieszo kilka kilometrów. Po drodze, koło krzyża na Zostawie (dzielnica miasta Żory), spotkał znajomego rolnika, który wybierał się w tym samym kierunku, bo miał pole położone między dwoma sąsiadującymi ze sobą wsiami: Baranowicami i Osinami. Szło im się razem dobrze, bo czas upływał im na pogawędce o sprawach gospodarskich, dlatego też postanowili nie trzymać się szosy biegnącej w stronę Baranowic, lecz pójść na skróty, przez łąki, choć zalegała na nich jeszcze poranna mgła. Nie obawiali się, że zabłądzą, gdyż teren ten obaj znali jak własną kieszeń, bo wiele razy tędy przechodzili. Szli dość szybko, a pokryta szronem trawa skrzypiała im pod nogami. Nagle usłyszeli jakieś ciche wołanie. Skąd dochodziło, trudno było ustalić, ale ten ktoś kto wołał musiał znajdować się niezbyt daleko. Znajomy dziadka nawet się trochę zaniepokoił, bo w tym miejscu nawet w słoneczny dzień ludzie przechodzili rzadko i najpierw przyszło mu do głowy, że jest to raczej sprawka utopka z Głębokiego Dołu, a nie głos zbłąkanego człowieka. Jednak mój dziadek, który już wiele rzeczy w swoim życiu widział, zdecydował się odezwać:
    – Czowieku, wołej głośni, bo niy poradzymy rozeznać kajś je! – krzyknął.
    – Jo siedza wele takigo krzoka, przi mostku, panoczku! – tym razem głos nadal był słabo słyszalny, ale wydawał się kobiecy.
    – Poczekejcie tam paniczko, bo zaroz tam bydymy! – odkrzyknął mój dziadek i ruszył w kierunku kamiennego mostku, przy którym rósł krzak kaliny.
    Po chwili mężczyźni ujrzeli skuloną postać siedzącą pod bezlistnym krzakiem. Istotnie była to kobieta, która na ich widok próbowała się podnieść z ziemi, lecz ciężko jej to szło, bo dzwoniła zębami i była najwyraźniej osłabiona. Jedyne jej odzienie stanowiła długa damska, nocna koszula, a stopy miała gołe.
    – Coż to się wom stało babeczko? – dopytywał się znajomy dziadka. – Łokradli wos, napadli, łachy a strzewiki zebrali?
    – Jo niy wiym, co sie stało, jo nic niy pamiyntom! Wczoraj żech sie położyła do swojigo łożka we Pszczynie ka już lata miyszkom, a dzisiaj łobudziłach sie sam pod tym krzokiym! – wydusiła z siebie owa kobieta. – Ani niy wiym kaj żech je!
    Dziadek zdjął swój stary kożuszek i okrył nim kobietę, żeby się trochę ogrzała, a potem wyciągnął termos i poczęstował ją gorącą ziołową herbatą.
    – Babeczko som żeście na łonkach wele drogi na Baranowice. Byli żeście już sam kedy? – zapytał kobietę towarzysz mojego dziadka.
    – Chopeczka roztomiły – odpowiedziała zapytana. – Nigdych sam niy była, wiym yno tela, że te Baranowice som kajś wele Żorow! Boziczku świynty, jako jo sam trefiła?
    Po krótkim namyśle obaj panowie postanowili odprowadzić kobietę do najbliższego domu, a tam gospodarze zajęli się nią troskliwie. Dali jej ubranie, a potem gospodarz z najstarszym synem zdecydowali, że zawiozą ją furą do Pszczyny. W domu kobiety panował straszny zamęt, wszyscy poszukiwali matki i bardzo się ucieszyli, kiedy ujrzeli ją całą i zdrową, bo w głowach tłukły się im najgorsze scenariusze! Nie wykluczali, że ktoś mógł ją porwać, ale po co miałby to robić, przecież rodzina ta była niezbyt majętna? Wszystko wskazywało na to, że istotnie kobieta położyła się wieczorem do łóżka, bo było ono rozesłane, ale nikt nie widział ani nie słyszał, kiedy i w jaki sposób opuściła dom. Nigdy wcześniej nie miała zaników pamięci. Wciąż pozostaje pytanie: w jaki sposób będąc tak lekko ubrana zdołała przejść pieszo w chłodną przecież noc ponad dwadzieścia kilometrów, nie zdając sobie z tego sprawy? Kobieta nie była też lunatyczką, jak niektórzy podejrzewali. A ponadto tamtej nocy niebo było zachmurzone i nie pojawiła się na nim nawet smuga księżycowego światła.

    Ps. Lunatykom przypisywano różne czynności, które mieli oni wykonywać podczas pełni księżyca. Po krótkiej aktywności (spacer po mieszkaniu lub w okolicy domu oraz różne powtarzające się czynności) wracali oni do swojego łóżka, a rano nie pamiętali, że cokolwiek robili.

     
  • Elżbieta Grymel

  • Ekookna z dośw
  • Komentarze:
  • Informujemy, że:

    1. Administratorem danych wskazanych w zgodzie na przetwarzanie danych osobowych wyrażonej powyżej jest Fundacja Profesjologia Aktywizacji Rynku Pracy (dalej „Wydawnictwo”) z siedzibą i adresem w Rybniku przy ul. Wyzwolenia 10, adres e-mail: redakcja@nowiny.rybnik.pl
    2. Celem zbierania danych jest umożliwienie zalogowania się do gazety internetowej oraz korzystanie z jej funkcji i przeznaczenia.
    3. Podstawą prawną przetwarzania stanowi zgoda osoby, której dane dotyczą na przetwarzanie swoich danych osobowych w jednym lub większej liczbie określonych celów. Przetwarzanie jest niezbędne do wykonania umowy, której stroną jest osoba, której dane dotyczą, lub do podjęcia działań na żądanie osoby, której dane dotyczą, przed zawarciem umowy.
    4. Pani/Pana dane osobowe nie będą przekazywane innym podmiotom.
    5. Pani/Pana dane osobowe będą przechowywane przez okres potrzebny do realizacji celu przetwarzania.
    6. Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania.
    7. Pani/Pana dane będą przetwarzane w sposób zautomatyzowany w tym również w formie profilowania. Zautomatyzowane podejmowanie decyzji będzie odbywało się na zasadach najlepszego wyboru produktu lub usługi, odpowiadającego Pani/Pana preferencjom.